… koszmarne g… do skrobania 🙁
To jak jachty w Górkach obrastają pąklami i wodorostami przeszło już do historii.
Istnieje powszechne przekonanie, że źródłem tak intensywnego narastania tych cholerstw, jest niezwykła żyzność wody w Wiśle, będąca skutkiem nawożenia jej przez „Fosforową Górkę”. O tę hałdę mamy nawet spór z Finlandią – co opisała trójmiejska Gazeta: Duzo_fosforu_wycieka
Nie trzeba naukowych badań – wystarczy zobaczyć jak wyglądał ster Fayki po wyjęciu jachtu z wody. I nie tyko ster, wszystko, co nie zostało zabezpieczone farbą anty-porostową porosło 🙂
W ostatnią sobotę – wyciągnąłem Faykę z wody i przygotowałem ją do zimy. Do pomocy w sobotniej operacji przyjechali Darek i Kasia. Roboty było sporo, bo trzeba było: opróżnić zbiorniki ściekowe, zdjąć żagiel, sklarować liny, przestawić jacht, pomóc przy wyciąganiu go dźwigiem, oskrobać wspomniane „Owoce”, umyć kadłub, spuścić wodę z instalacji wody pitnej, napełnić niezamarzającym płynem do chłodnic instalację chłodzenia silnika, instalację toalety, system zasilania w wodę spłukującą, system wypompowywania szarych ścieków, opróżnić i umyć lodówkę – zostawić ją do rozmrożenia, wydobyć i zapakować jedzenie i picie, które nie przeżyłoby mrozu i wilgoci, osuszyć wyczyścić zęzy, sklarować i schować cumy i odbijacze.
Jestem im bardzo wdzięczny za pomoc.
Panowie bosmani postawili Faykę prawie na samym brzegu – nie mam wózka (bo nie muszę) i Fayka powinna być zrzucona na wodę w pierwszej kolejności – inaczej będzie blokować inne jachty w marinie. Więc pewnie na początku kwietnia już pójdzie do wody.
Ale generalnie widok mariny z jachtami na lądzie jest dla mnie bardzo przygnębiający.
Z pozytywnych rzeczy – potwierdziło się, że Fayka jest dobrze wyważona – linia obrośnięcia jest dokładnie „zgrana” z narysowaną teoretyczną linią wodną – którą oczywiście powinienem był narysować o 15 cm wyżej – bo tak się przecież zawsze robi – jak napisał mi Paul, gdy już Fayka była w wodzie 🙁
Po wyjęciu i umyciu jachtu okazało się, że pod linią wodną poodłaziło mnóstwo placków szpachli. Moim zdaniem jest to wina rozcieńczania szpachli epoksydowej przez Tomka. Niestety Tomek robił to bez mojej wiedzy – bo tak mu się łatwiej szpachlowało. Nie pilnowałem go i teraz mam za swoje. Prawdopodobnie cały spód jest do zdarcia, delikatnego ponownego zaszpachlowania, pomalowania podkładem, zagruntowania i pomalowania anty-porostem. Sporo roboty i niestety kasy – bo antyporost miał starczyć na trzy sezony, a poszedł się … zaprzepaścić (cytując Radosława Majdana).
Pewnie nowa linia wodna nie będzie malowana, tylko za przykładem kolegi Marka z pięknego jachtu Liberi, nakleję białą taśmę odblaskową firmy 3M.
Pewnie jeszcze kilka razy wpadnę do Górek, muszę ustalić trochę szczegółów z Panem Wiesławem – szkutnikiem, odnośnie gretingów w kokpicie, obróbki drewnem ścianek nadbudówki w kokpicie, suwklapy oraz sztorckalpy. Do tego, dla zachowania sprawności akumulatorów, konieczne jest ich sprawdzenie i naładowanie, by nie uszkodziły się na mrozie. Koledzy wspominali, że do Górkowych tradycji należą zimowe spotkania przy ładowaniu akumulatorów. Celowo nie dawałem nic w cudzysłowie, bo zaraz będą jakieś złośliwości. A przecież my tylko niesiemy pomoc naszym jachtom…
Ale zanim Fayka stanęła na lądzie, udało mi się sporo zrobić przez ostatnie trzy tygodnie:
- dokończyłem zamknięcia klapy rozdzielni elektrycznej
- dopasowałem klapę telewizora, zamocowałem zamknięcia do niej oraz wkleiłem listwy dystansowe zabezpieczające telewizor przed uszkodzeniem, nawet gdybym całym nadmiernym ciężarem mojego ciała poleciał na tę klapę. Zresztą robiłem to dwa razy, bo pierwsza wersja po zamocowaniu i wklejeniu wydała mi się brzydka. Wziąłem więc w lewą dłoń dłuto, w prawą młotek i wychlastałem wszystko. Potem odnalazłem elegancki kawałek kątownika z masywu Sapeli i zrobiłem z niego listwę. Teraz mi się podoba.
- Zbudowałem i zamocowałem obudowę na klapę rewizyjną/serwisową silnika w kabinie armatorskiej.
- Uporałem się z większością elektroniki. To wymaga szerszego omówienia…
Ale najpierw jeszcze jeden króciutki rejsik po zatoce. Pan Dawid z Sail Service zadzwonił do mnie i spytał czy moglibyśmy się przepłynąć, bo chciałby zobaczyć jak śmiga mój CodeZero. Jak dobrze wyczułem, jest u nich pewne parcie na promowanie tego żagla wśród klientów. Uważam zresztą, że uzasadnione. Powiedziałem, że OK i umówiliśmy się na piątek. Tuż przed przyjazdem Pan Dawid zadzwonił i spytał, czy mogą być we trzech – odpowiedziałem, że oczywiście no problem. Trochę się zdziwiłem, gdy okazało się, że ci dodatkowi goście to słynny konstruktor i regatowiec Pan Piotr Adamowicz oraz jego klient Andrzej (nazwisko znane redakcji 🙂 dla którego Piotr prowadzi nadzór nad budową stalowego jachtu Bruceo. Pogoda była śliczna, wiał spokojny wiaterek -12-16knt, świeciło piękne słoneczko – temperatura 20 stopni (sic.). Troszkę wiatr dopychał do kei, było bardzo ciasno, bo Fayka stała wduszona pomiędzy Województwo Toruńskie a Jaśkowy Dworek. Koniec końców nasze odejście nie było z tych, którymi chciałbym się chwalić. Niczego wprawdzie nie porysowaliśmy, ale dwaj Panowie (jeden z mojego, drugi z innego jachtu) niepotrzebnie zdynamizowali konwersację. To mnie utwierdza w przekonaniu, że przy takim jachcie jak Fayka, ster strumieniowy to nie fanaberia, a zwykła konieczność. Szczególnie, gdy się go ma zamontowanego i tylko trzeba podłączyć kabelki.
Pływanie wyszło świetnie, żagielek spisywał się na medal, Pan Dawid nacykał fotek i zresztą wrzucił je na Fejsa.
Ja zaś pilnie słuchałem uwag Piotra, bo jak facet, który ma ponad 100 pucharów za wygrane regaty coś mówi o trymowaniu żagli, to trzeba go słuchać i zapamiętywać.
Rejsik był bardzo przyjemny. A cumowanie wykonaliśmy perfekcyjnie.
Pan Dawid zabrał ze sobą Genuę, bo trzeba poprawić niebieski pasek zabezpieczający przed UV – jest za wąski i nie zakrywa dokładnie żagla po zrolowaniu.
To było w piątek 25-tego października, a w sobotę wieczorem Pan Dawid zaproponował mi, że możemy przeeksperymentować dodatkowy system prowadzenia refszketli w oczkach z tyłu żagla. Taki system jest ma jachcie kapitana Gutkowskiego. Powiedziałem, że jak za darmo to ja chętnie. No to Panowie z Sail Service zdemontowali też grota.
Gdy wspominamy o Sail Service, to na Fayce pojawił się ładny zapinany pokrowiec na koło sterowe i postument. Zamówionego i obiecanego Lazy Jack’a nie udało się na razie zrobić 🙁
Wracam do elektroniki. Działało mi wszystko oprócz komunikacji sieciowej MFD (Multi Functinal Display) Furuno z komputerem i radarem. Cała struktura systemu NavNET3D Furuno oparta jest na zwykłym Ethernecie. Oczywiście Furuno oferuje „specjalny dostosowanych do ich systemu, morski router”, ale to jest oczywiście pic na wodę. Po co dawać za router 8 portowy 600 EUR netto, gdy 16 portowy Netgear kupiłem za 100 (sto) złotych. W dodatku mam na jachcie trochę urządzeń do podłączenia do sieci. A są to:
- MFD Furuno – chartplotter
- DRS2D – Radar UHD
- Komputer PC Locomarine
- Antena aktywna zewnętrzna WiFi np. Ubiquiti BulletM2HP
- Access Point wewnętrzny – pokładowy
- Dysk sieciowy NAS
- Telewizor SmartTV
- Gniazdko LAN w kabinie dziobowej
- Gniazdko LAN w kabinie rufowej
- Gniazdko LAN w mesie
- Gniazdko LAN na stanowisku nawigacyjnym
i jak widać zostaje tylko pięć wolnych gniazdek na routerze. Aha, no i pewnie router rozkręcę i polakieruję go wewnątrz specjalną żywicą zabezpieczającą przed wilgocią.
Nawet samo Furuno na swojej stronie pisze, że można używać zwykłych routerów. Są pewne niuanse, gdy jest więcej niż jeden MFD na jednostce – ale mnie to nie dotyczy.
Chyba już pisałem o tym, ale przypomnę – gdy w tamtym roku rozłożyłem cały system radaru na podłodze w domu, za nic nie wiedziałem jak podłączyć do niego kabel – dostarczony w pudełku. Zapytałem Jim’a z MEI LTD, wysłałem fotki i okazało się, że Furuno dostarczyło mi zły kabel. Ponieważ Daria z Karolem jechali do Londynu pomyślałem, że dam im ten kabel do wysyłki z Londynu – powinno być dużo taniej.
Zrobiłem im niezłego psikusa. Kabel nie przeszedł kontroli bezpieczeństwa – jest powszechnie wiadome, że kable do radarów Furuno są podstawowym narzędziem używanym przez terrorystów z Al-Kaida do zamachów na samoloty. Takim dwudziestometrowym kablem ważącym z 7 kilo można udusić pilotów, stewardesy i z połowę pasażerów. A nawet wszystkich można zabić – śmiechem. To co się wyrabia na lotniskach, to już ostatnio są jaja. A reportaż o dzieleniu „łupów” odebranych pasażerom przez ochronę na lotnisku utwierdził mnie w przekonaniu, że o te łupy właśnie chodzi. Ale po co komu taki kabel ?!
Kabel został więc na lotnisku i wysłałem go ostatecznie Pocztą Polską.
Dostałem nowy – po jakimś czasie.
Ten kabel Pan Janek wciągnął mi do masztu i podłączył do radaru. Technicznie ten kabel składa się z dwóch sklejonych ze sobą porządnych ekranowanych trzykrotnie izolowanych kabli. Jeden to zasilanie radaru – 48V. Drugi to kabel Ethernetowy z dwoma standardowymi końcówkami RJ45 po obu stronach. Te końcówki są przylutowane i zabezpieczone koszulkami termokurczliwymi. Standard wykonania w miarę porządny – umiem tak zrobić 🙂
Ten kabel z jednej strony idzie do MFD, z drugiej do radaru. Ja go rozciąłem i podłączam do routera zgodnie z instrukcją Furuno.
Podłączyłem – i co, i nic – nie działa. Router nawet nie sygnalizuje, że coś jest podpięte. Złączyłem na powrót – podłączyłem bezpośrednio MFD z Radarem – też nic.
No to zacząłem systematycznie. Najpierw podłączyłem MFD do routera „na krótko” zwykłym patchcord’em, jaki każdy ma w domu do podłączenia do sieci Ethernet komputera – drukarki, routera, Neostrady itp. Włączam MFD, komputer – działają – widzą się – hura.
No to miernik w łapę i sprawdzamy kabel. Co się okazuje. W kablu Ethernetowm typu UTP jest osiem przewodów w czterech parach. Są to pary pomarańczowa, zielona, brązowa i niebieska. Każda para ma kabelek w kolorze litym i biało-kolorowym. Wszyscy wiedzą, że w standardzie 10/100 MB (a w takim pracuje NavNET3D) wykorzystywane są dwie pary – pomarańczowa i zielona. Pozostałe dwie są nieużywane. Chyba, że pracują w tzw. systemie podwójny duplex. Ale to inna bajka.
W kabelku dostarczonym przez Furuno podłączone były pary pomarańczowa i niebieska, a powinny być pomarańczowa i zielona – tak jak w dokumentacji technicznej. Trochę ciachnięć nożykiem, w ruch poszła lutownica. BTW kupiłem sobie na jacht lutownicę gazową Dremel VersaTip. Fajna, bo nie potrzebuje prądu i jest wielofunkcyjna – także działa jako opalarka i nóż termiczny np. do lin. Więc połączyłem kabelki właściwie – podłączyłem MFD do routera i proszę bardzo pięknie działa. Na „Sopockim Lansiku” już z tego korzystaliśmy. W następnym tygodniu postanowiłem sprawdzić radar. Kupiłem długie patchcord’y – 15m. Kupiłem szelki/ławeczkę bosmańską do asekuracji przy włażenu na maszt. Przyjechałem do Górek i w tym momencie nawinął się Volker. Zapytałem go czy mi pomoże. Pomógł. Gdy przygotowywałem się do włażenia przypomniały mi się dwie historie. Pierwsza, gdy byłem na rejsie na Pogorii. Akurat tak się złożyło, że dopisałem się na rejs do młodzieży licealnej. Gdy było wchodzenie na reje młodziaki rwali się jeden przez drugiego. Ja też wlazłem – przeszedłem do końca rei, wróciłem, zlazłem i powiedziałem sobie – jeśli czyjeś życie będzie o tego zależało to mogę iść, ale frajdy z tego nie mam za wiele. Drugie to słowa mojej córeczki Alicji (ona wspina się po ściankach, skałkach itp) – gdy dowiedziała się, że mam wleźć na maszt prychnęła – Tata – z jego brzuchem – to jest Mission Impossible. Widzicie, chowasz toto, karmisz, poisz, ubierasz, edukujesz i co ? Najpierw takie teksty, potem cię zamkną w domu starców 😉
Volker asekurował, a ja z narzędziami wlazłem. Pogoda była średnia: zimno, wiało i trochę mżyło…
Krzyknąłem do Volkera, że to nie jest moja ulubiona zabawa – a on na to, że, nie muszę mówić, bo widać to z daleka po mojej minie. Rozebrałem radar – zdjąłem jego pokrywę, odłączyłem kabel, Volker z dołu podał mi patchcord, którego oczywiście zapomniałem podłączyłem ten patchcord do radaru, zlazłem, podłączyłem drugi koniec do routera. Teraz chwila prawdy – odpaliłem MFD – radar działa – uff. Odpaliłem kompa – MaxSEA – działa. Volker zaglądał mi przez ramię. W momencie, gdy pokręciłem kółkiem myszki, a MaxSEA TimeZero wykonał błyskawiczny zoom mapy przez kilka skal Volker powiedział „wow co to było pokaż jeszcze raz”, a potem smutno skomentował – no cóż Raymarine, który mam u siebie musi jeszcze troszkę popracować, by mieć taką szybkość. Nie powiem, troszkę napuchłem z dumy 🙂
Wlazłem z powrotem na maszt, odłączyłem patchcord, zakręciłem obudowę i zlazłem. Nie bawiła mnie perspektywa obcinania kabelków, podłączania, lutowania, izolowania równocześnie wisząc na maszcie przy wietrze i deszczu. Zrobię to w dogodniejszej porze, a może uda się załatwić jakiś podnośnik…
Cy nie uważacie, że to skandal, iż producent daje od razu zły kabel? Dobrze, że jestem praktykującym elektronikiem.
To, że nie będę intensywnie pracował w Górkach nie znaczy, że roboty staną. Jest sporo do zrobienia w pracach projektowych odnośnie elektryki, elektroniki, hydrauliki, urządzeń mechanicznych takich jak wejście do jachtu – robię ciekawy projekt. Projektuję okap- wyciąg nad kuchnię w kambuzie, kończę autorski projekt oświetleniowy – roboty huk.
Będę w miarę na bieżąco raportował.
Fotki (troszkę) tam gdzie zawsze
http://www.ciunczyk.com/slawek/Fayka/ (strona siedemdziesiąta siódma i dalej)
Nie wiem jak na stalowych kadłubach ale na laminacie zalecają kłaść antyosmozę żeby woda nie wnikała w laminat. Ze szpachli szkutnik zrobił mi deflektor stera strumieniowego. Wytrzymał 1 sezon. Może szpachla wchłania wodę, pęcznieje i odpada z powodu braku antyosmozy?
A cholera wie! Osmoza chyba tylko występuję na laminatach i drewnie. Zresztą szpachla odpadła od farby podkładowej.
Na szczęście ! ufff
Cynk i trzy warstwy podkładówki epoksydowej trzymają się jak należy. Może też to był problem odtłuszczenia i przygotowania powierzchni do szpachlowania. Będę to konsultował przed robotą z fachowcami. Zobaczymy co powiedzą.
A bąble to były już zaraz po szpachlowaniu. To co zobaczyłem to wydłubałem i poprawiłem. Więc to raczej nie jest wina wody. Trzeba było wtedy pojechać po całości…
Jeśli użyłeś szpachli samochodowej a jest higroskopijna to jest problem. Próba ratowania sytuacji antyosmozą może mieć sens bo szpachla podobnie jak laminat zawiera żywice.
Odpadanie szpachli może być spowodowane jej pęcznieniem pod wpływem wody.
Podobnie się zachowuje teflon dlatego na łożyskach kokera steru daje się większy luz.
Bąble mogły powstać również w wyniku hydrolizy.
A fuj, gdzieżbym używał samochodowej. Samochodowe są zwykle szpachlami na żywicach poliestrowych. Ja użyłem szpachli Epifanes epoksydowej dedykowanej do jachtów. Jestem na 90% pewny, że źródłem problemu było rozcieńczanie jej rozpuszczalnikiem.
Wspolczuje…… z ta szpachla to jakas makabra.
Wspolczuje również Tomkowi…..
Tomkowi nie masz co współczuć, to nie jego problem, jak zawsze ja wszystko biorę sam na klatę 🙁
Ale będzie dobrze… przecież na błędach się uczymy 😉